Muzeum Autoworld w Brukseli – 70 lat Ferrari

[wd_hustle_ss id=”podziel-się”]

Nieważne czy jesteś dużym chłopcem czy małą dziewczynką, to miejsce na mapie brukselskich muzeów jest punktem obowiązkowym. 

Zlokalizowane jest przy Arkadach parku Cinquantenaire, w kompleksie za Łukiem Triufalnym, w bezpośrednim pobliżu jest Musée royal de l’armée et de l’histoire militaire (Królewskie Muzeum Sił Zbrojnych i Historii Militarnej). 

To moja 2 wizyta w muzeum, chociaż nie wiem czy do tego miejsca nazwa muzeum jest zupełnie adekwatna. Raczej należałoby to nazwać wystawą samochodów historycznych i nowoczesnych. Muzeum podzielone jest na 2 części: stałą ekspozycję oraz prezentacje tematyczne. Obecna poświęcona jest marce Ferrari z okazji 70 lecia powstania firmy. 

Muszę się przyznać, że nie jestem szczególnym fanem tej marki ale niewątpliwie jest to jedna z ikon motoryzacji, znana na całym świecie każdemu. Z tymi autami jest trochę tak, że jak się ma lat 19 to chciałoby się takie mieć ale nie ma kasy, a 25 lat później jakby jakoś udałoby się wyskrobać skądś zaskórniaków to człowiek zdaje sobie sprawę jak karykaturalnie by w takim aucie wyglądał. Nie ma się co oszukiwać, dla zdecydowanej większości ludzi pozostaje nieosiągalną ikoną auta sportowego, za którym wszyscy się oglądają niezależnie od rocznika. To auto jak każdy symbol, reprezentuje sobą więcej niż kawałek maszynerii do przemieszczania się, ponieważ jest symbolem statusu, możliwości finansowych co przekłada się na atrakcyjność w oczach kobiet i niewątpliwej wyjątkowości. Kto nie chce być podziwiany? Kto nie chciałby się poczuć jak playboy na wakacjach? I do tego włoski?! Kupują go gwiazdy piłki czy kina, czyli elita finansowa tego świata. Kto nie chciałby przez chociaż 5 minut pokazać światu, że należy do tych wyjątkowych? I teraz wyobraź sobie, że masz z 30 czy 40 takich aut na wyciągnięcie ręki, i do tego takie klasyczne, które osiągają ceny liczone w milionach Euro.  To wszystko za jedyne 10 Euro gdy kupujesz bilet przez Internet.

70 lat Ferrari nie do końca odpowiada prawdzie, ponieważ w roku 1957 został zbudowany pierwszy samochód, który nazywał się Ferrari. Firma została założona przez Enzo Ferrari już 1939 roku jako Auto Avio Costruzioni by budować specjalne sportowe auta dla Alfa Romeo. Swoją drogą to historia zatoczyła wielkie koło, ponieważ w 1969 roku FIAT (właściciel Alfa Romeo) został właścicielem 50% akcji Ferrari (w 1988 dokupił, by mieć 90%), a wraz z modelem Giulia koło się dopełniło. A wszystko dzięki ponownemu połączeniu technicznemu – silnik Giulii jest zmodyfikowaną jednostką z modelu California, a Fiat (obecnie koncern Fiat Chrysler Automobiles) nie jest właścicielem Ferrari, choć dalej w części jest kontrolowany przez rodzinę Agnelli czyli właścicieli również Fiata.

Nie dziwi więc, że w centralnym miejscu wystawy zostało ustawione fenomenalne auto, które nazywa się Alfa Romeo 

Z autami często jest tak, że trzeba zobaczyć w realu by móc je ocenić. Dopiero po zobaczeniu na wystawie mogę jednoznacznie stwierdzić, że dla mnie najwspanialsze auta były budowane w latach 80-tych. I to jest wielka ironia losu, ponieważ te lata, a w szczególności końcówka lat 80-tych należy do jednych z najsłabszych pod względem komercyjnym dla firmy.

Auta z początku produkcji są piękne, ale są piękne pięknością aut sportowych z lat 50 tych. Długie, wąskie, obłe, wysmakowane w każdym detalu, bardzo oszczędny design. Późniejsze lata przynoszą wiele wspaniałych aut, różne eksperymenty z wielkością, formą aż dochodzimy do szalonych lat 80-tych a dokładnie do roku 1984 czyli premiery Testarrosy na Paris Auto Show.

Testarossa w rzeczywistości robi niesamowite wrażenie. Design tego auta jest chyba najwspanialszym przykładem tego co dominował o w tamtym czasie a jednocześnie jest zupełnym przeciwieństwem obecnych projektów Ferrari. Bardzo podoba mi się powściągliwość projektu, czystość formy gdy lampy są schowane w karoserii (często spotykany gadżet w tamtych czasach, zarezerwowany wyłącznie dla nielicznych aut) połączony z funkcjonalnością – wloty powietrza wyprofilowane i przechodzące w nadkole na bokach auta nadają mu niezwykłego charakteru a jednocześnie są elementem technicznym. Kontynuowanie długich równoległych linii następuje na tylnej klapie oraz w miejscu, którego z normalnej perspektywy nie widać czyli na zderzaku od dołu. Mistrzostwo. Nie ma się co dziwić, że to auto zostało wybudowane w ilości ponad 10 000 sztuk (wliczając w to modele 512 TR i F512 M).

F40 – superferrari, które mogło nie powstać, gdyż początkowo miało konkurować na torze w formule FIA Group B przeciwko Porsche 959, ale po 5 sezonach zakończono rywalizację. Ferrari zostało z rozgrzebanym projektem i z 5 prototypami na bazie 288 GTO, Enzo postanowił, że to świetny początek nowego projektu superauta sportowego mogącego jeździć po drogach publicznych. Auto ma więc, nie tylko w swoich genach, ale głównie w żyłach sport, ponieważ to było celem projektu. Jak się widzi auto ‘na żywo’ to dopiero wtedy można docenić projekt nadwozia. To nie jest body kit doklejony do skorupy, te wszystkie spojlery i wcięcia z wytłoczeniami stanowią skorupę. Żeby było ciekawiej tylna partia nadwozia jest tak skonstruowana, że silnik jest tam praktycznie odkryty – to wszystko po to, by powietrze skuteczniej odbierało ciepło wytwarzane podczas zamiany energii chemicznej w mechaniczną (w postaci ponad 500 KM). Auto jest przepiękne. Kosmiczne i spójne. Nie ma nic w sobie z przesady typowej dla współczesnej spojlerozy pomimo posiadania ogromnego skrzydła na zadku. No i chyba dla tego tyle osób kocha te auta.

Jeszcze jedno auto z wczesnych lat 80-tych mnie urzekło. 288 GTO czyli odmiana sportowa 308-tki. Dawca genów dla F40. Mimo modernistycznego designu, nie jest on tak minimalistyczny jak w Testarossie. Czuć w tym kształcie jeszcze lata 70-te i bogactwo formy, zwłaszcza poszerzone nadkola nadają temu auto muskularnego sznytu.

Można być supersamochodem i mieć wiele problemów przyziemnych. Właściciele Ferrari muszą zmagać się z wieloma problemami swoich aut, jak chociażby nieszczelności układu olejowego – można zobaczyć na zdjęciach, że pod każdym prawie autem jest kuweta na kapiący olej. Tajemnicą poliszynela jest, że auta zwłaszcza z lat 80-tych i 90-tych nie nadawały się zbytnio do codziennej jazdy i nie tylko z powodu niewygody, hałasu i wysokich kosztów podróży ale głównie z powodu problemów technicznych, wliczając w to niewiarygodnie dużą awaryjność silnika. A mimo to świat je kochał i kocha. Może właśnie dlatego, że nimi nie jeździł?

Dodaj komentarz